Kalinowa Warszawa

pop-kalina-kwadratO Kalinie Jędrusik wiele zostało już napisane i powiedziane. Anegdot z jej bogatego życia towarzyskiego i artystycznego nie było mi dane słyszeć z pierwszej ręki, więc nie będę podawać dalej tego, co jest napisane w kilku książkach. Mam wrażenie, że dziś postrzegana jest bardziej jako ikona popkultury PRL niż artystka. Ale co narozrabiała, to jej.  Właściwie nie tylko jej, bo i nasze. Zmarła w nocy z 7 na 8 sierpnia 1991 roku, więc właśnie mija 25 lat od jej śmierci. A my, niezależnie od wieku, ilości obejrzanych filmów czy spektakli oraz stosunku do jej dorobku artystycznego cały czas o niej pamiętamy.

O tym, że jej życie bogate było w różnego rodzaju wydarzenia i emocje nikogo nie trzeba przekonywać. Przez jednych była kochana i podziwiana, przez innych nienawidzona. Za to chyba nikomu nie była obojętna. W wielu rolach teatralnych i telewizyjnych udowodniła swój talent aktorski, a w Kabarecie Starszych Panów wyśpiewała mnóstwo przebojów. Cała jej działalność sceniczna i telewizyjna oparta była na talencie, ale także na wizerunku, który potrafiła konsekwentnie budować wbrew obowiązującym wówczas standardom. Uwielbiała prowokować i bawiła się tym w czasach, kiedy nikt nie szkolił z PRu ani nie doradzał z zarządzania tłumem.

Całe dorosłe życie Kaliny związane było z Warszawą. Po studiach na krakowskiej PWST i debiucie w Teatrze Wybrzeże przyjechała do stolicy wraz ze swoim mężem – Stanisławem Dygatem i nie opuściła jej aż do końca życia. W 25. rocznicę śmierci artystki postanowiłam sprawdzić, czy Warszawa jeszcze o niej pamięta. Zapraszam na małą wycieczkę śladami Kaliny.

willa
Po przyjeździe do Warszawy Dygatowie trafili na Mokotów, a w 1972 roku przeprowadzili się do willi przy ul. Kochowskiego 8. Mężowi Kaliny nie przyszło mieszkać tam zbyt długo, bo zmarł w 1978 roku. Podobnie jak w swoim poprzednim mieszkaniu, na Żoliborzu prowadzili dom otwarty, gdzie właściwie przez całą dobę mile widziani byli znajomi i przyjaciele ze świata artystycznego. Kalina mieszkała tam do końca życia, a z upływem lat spotkań towarzyskich przy Kochowskiego było coraz mniej. Nie powiodły się plany ulokowania tam siedziby Fundacji im. Kaliny Jędrusik, ponieważ po jej śmierci odbyła się batalia o spadek. Dziś budynek jest w prywatnych rękach, a o słynnych właścicielach przypomina tylko niewielka tablica na ścianie.

***

kalinoweserce
Tuż obok domu, w którym mieszkali Dygatowie w 2012 roku z inicjatywy Zbigniew Dzięgiela i Macieja Zakościelnego powstała kawiarnia artystyczna Kalinowe Serce. Jest siedzibą fundacji im. Kaliny Jędrusik i miejscem, w którym można poczuć ducha minionych bezpowrotnie czasów. Jako, że jest to kawiarnia, można tam usiąść na przykład na kanapie Kaliny i wypić kawę czy zjeść sernik. Skoro artystyczna, to organizowane są różne wydarzenia, takie jak spotkania autorskie, koncerty, recitale czy wystawy. Oczywiście mocno pielęgnowana jest pamięć o Kalinie – spora część organizowanych tam wydarzeń związana jest z artystką i jej otoczeniem.

***

mural
Street art to chyba jeden z najbardziej wyrazistych pomostów pomiędzy kulturą retro i współczesną. Tak właśnie jest w przypadku muralu przy ulicy Koźmiana 6. Kalina – symbol seksu i tego, co zakazane w PRLu  uwieczniona została na…  ścianie garażu jednego z żoliborskich osiedli. A towarzyszy jej nie byle kto – jeden z największych amantów polskiego kina – Andrzej Łapicki. Kadr z filmu „Lekarstwo na miłość” przeniosła na ścianę Olga Wolniak w 2012 roku.

***

grob
Może to oczywiste miejsce, bo przecież tu wszyscy możemy odwiedzić dziś Kalinę i jej męża, ale piszę o nim nie z powodów sentymentalnych. Kalina na własne życzenie przez większość życia była tematem plotek i sensacji. Do tego prowokowała i to jej się udawało. Udało jej się nabrać wszystkich m.in. na fałszywą datę urodzenia. Urodziła się w 1930 roku, wszędzie podawała, że w 1931, a z upływem czasu odjęła sobie z życiorysu jeszcze kolejne trzy lata. Dopiero autor książki o Kalinie – Dariusz Michalski dotarł do prawdy znajdując jej szkolne świadectwa. Na grobie, który znajduje się w Alei Zasłużonych na Powązkach widnieje fałszywa data – 1931 rok.

***

ulica
Uwielbiam cytat z Jeremiego Przybory, który mówi o tym, jak przyjemnie jest mieć własną ulicę. Nie lubię natomiast się powtarzać, więc go nie przywołam, bo przypomniałam go tutaj. Kalina „dorobiła się” swojej ulicy w 2014 roku w obrębie Sadów Żoliborskich. Sąsiedztwo ma wspaniałe – obok znajduje się ulica Stanisława Dygata, a obie ulice przecina Plac Czesława Niemena. Wszystko na osiedlu nie bez powodu nazwanym Artystycznym Żoliborzem.

Jeśli znacie inne miejsca związane z Kaliną Jędrusik – napiszcie w komentarzach. Bardzo chętnie się o nich dowiem i dopiszę do listy w przypadku następnej wycieczki śladami Kaliny.

Letni spacer „Ulicami” w towarzystwie Dubska

Dubska UlicamiNa nową płytę jednego z moich ulubionych polskich zespołów przyszło mi czekać sześć lat. Kiedy po odpaleniu krążka „Ulicami” usłyszałam rozbujane „Intro” z hipnotyzującą wokalizą Dymola, od razu wiedziałam, że to może być moja płyta wakacji. Od tamtej pory nie opuściła odtwarzacza ani na chwilę i już mogę powiedzieć, że to moja płyta nie tylko wakacji, ale co najmniej półrocza. Zresztą nie sądzę, aby mogła mi się znudzić nawet po tym czasie.

Z grupą Dubska zetknęłam się po raz pierwszy w 2005 roku na jednym z letnich festiwali. Wtedy zapałałam miłością, w której trwam do dziś. A z ich dyskografii i tekstów piosenek mogłabym zdawać maturę czy jakikolwiek inny egzamin. Nowa płyta zdecydowanie wpisuje się w ten trend mojej znajomości twórczości zespołu. Są ku temu powody. Co najmniej dwanaście.

Od poprzedniego długogrającego wydawnictwa „Loko-Loko” (w międzyczasie był jeszcze mini-album „Love & Culture”) trochę się w zespole zmieniło. Brzmienia mocno powędrowały w stronę elektroniki, producentem został dobrze znany obserwatorom sceny reggae Olo Mothashipp, wydawcą Agencja Muzyczna Polskiego Radia oraz w męskim do tej pory składzie pojawiła się kobieta. I to taka, która ma piękny głos. Diana Rusinek – bo właśnie o niej mowa, świetnie uzupełnia wokale Dymitra i Marcina. Uwielbiam brzmienie jej głosu w połączeniu z wokalem Dymola w utworze „Ho’oponopono”. Mam nadzieję, że zadomowi się w składzie na dłużej. A najlepiej na zawsze.

dubska - fot. radek polakfot. Radek Polak

Słuchając po raz pierwszy wspomnianego wcześniej „Intro” od razu wyczułam, że przyszły spore zmiany. I nie pomyliłam się. Jest bardziej syntetycznie i elektronicznie, ale nie zgubiło to „ducha” muzyki Dubska. Na szczęście cały czas obecne są moje ulubione dęciaki, które jak zawsze dodają fajnego brzmieniowego kolorytu. Produkcyjnie album jest bardzo dobrze wyważony – przetworzone dźwięki wymieszały się z żywymi instrumentami, które świetnie współpracują z głosami trójki wokalistów. Obawy, że elektronika zabije cały rozbujany klimat uważam niniejszym za rozwiane.

W stosunku do poprzednich płyt zespołu nie zmieniła się w zasadzie tematyka utworów. Mowa jest o uczuciach („Miłość”), emocjach („Strach”), spotkaniach i towarzyskich historiach („Niedaleko”, „Samochodzik”) oraz o zjawiskach, z którymi wszyscy na co dzień mamy do czynienia („Stop”). Ta ostatnia piosenka to singiel, który mocno mnie zaskoczył za sprawą „połamanych”, elektronicznych brzmień zahaczających o drum’n’bass. Uwór ten dobrze sprawdza się na radiowych playlistach (jak kiedyś „Avokado”), a mnie dodatkowo ogromnie cieszy fakt, że w teledysku wystąpił rewelacyjny lubelski tancerz Aleksander Tyburek (znany jako Alkowy Funkowy). Na płycie na pewno mniej jest rootsowego grania niż na poprzednich krążkach, ale są „dubskowe”, bujające klimaty („Poor and needy” przypominające poprzednie „Życie na streecie”) oraz obowiązkowo – ska („Nie płacz siostro”).

Bardzo podoba mi się to, że grupa mimo pewnych naturalnych dla każdego zespołu zmian konsekwentnie podąża wyznaczoną przez siebie drogą. Dlatego „Ulicami” jest kolejną w ich dorobku płytą mocno opartą na szeroko pojętej kulturze miejskiej. Pamiętam, jak kilka lat temu miałam okazję oprowadzać Muchę (jednego z wokalistów) po Lublinie przy okazji wizyty zespołu na Nocy Kultury. Teraz czuję, jakby ekipa Dubska już po raz kolejny oprowadzała mnie po przepięknej Bydgoszczy (niedawno sama sprawdziłam, jak tam jest). I mimo tego, że opowiadają o swoim mieście nie pierwszy raz, to jednak cały czas mają sporo do opowiedzenia. Mam nadzieję, że chodząc Bydgoskimi (i nie tylko) Ulicami nazbierają materiału na jeszcze wiele tak dobrych i klimatycznych płyt.

Czytelnia: moda kiedyś i dziś, falafelowe szaleństwo w Warszawie, Dobre Sztuki i sztuka odpoczywania

beachCzytelnia obchodzi właśnie pierwsze urodziny. Skoro jest tutaj już od roku, zasłużyła na prezent w postaci ogarnięcia jakiejś regularności. Od dziś moje ulubione artykuły znalezione w internecie będą pojawiały się tu w formie podsumowania miesiąca. W lipcu, jak zawsze, pojawia się moda – w wymiarze historycznym i współczesnym, dzieła sztuki na ekranach komputerów, inspirująca historia z falafelem w roli rekwizytu oraz tekst o tym, jak się w przedwojennej Polsce odpoczywało.


Modowa opozycjonistka: Jadwiga Grabowska

Bardzo cieszy mnie fakt, że coraz częściej pisze się i mówi o Modzie Polskiej, modzie w Polsce i Polsce modnej. Jadwiga Grabowska to kobieta-legenda, która nie bez powodu była nazywana „nadwiślańską Coco Chanel”. Jej znakiem rozpoznawczym były obcasy, turban na głowie oraz silny charakter, który pozwalał osiągać zamierzone cele. Świetny tekst w Enter the Room – dla miłośników mody i nie tylko.

Moda to nie ja – wywiad z Michałem Zaczyńskim

Jadwiga Grabowska to przedstawicielka historii polskiej mody, natomiast Michał Zaczyński to ważna postać dla jej teraźniejszości (mody, nie Grabowskiej). Zaczyński to jeden z moich ulubionych dziennikarzy i blogerów modowych. Nie boi się mówić tego, co myśli i nie jest klakierem koleżanek czy kolegów z branży. Bardzo cenię go nie tylko za wiedzę, ale też za postawę – dużo mówi i pisze o etycznej modzie. Bardzo ciekawy wywiad o tym, co w modzie piszczy.

Mówili, że w Warszawie nikt nie będzie jadł kotletów z ciecierzycy i bobu. Jakoś jedzą

To historia, która spokojnie mogłaby zostać opowiedziana w filmie. Libańczyk Mahmoud zakochuje się w Polce, która przyjeżdża do Bejrutu na studia. Rodzi im się córka, ale niedługo potem w kraju robi się niebezpiecznie i postanawiają uciec przed wojną do Polski. Jest krucho z pieniędzmi. Wtedy pojawia się pomysł sprzedawania oryginalnych falafeli opartych na recepturze przekazywanej w rodzinie Mahmouda od pokoleń. Sprzedaje je przy Hali Mirowskiej z wózka zwanego pieszczotliwie „lamborghini”. Jedni się śmieją, inni wróżą porażkę. A jednak udaje się. I tak powstaje Bejrut, który stał się już kultowym miejscem w Warszawie.

Wywiad: Dobre Sztuki, czyli malarstwo z przymrużeniem oka

Ostatnimi czasy bardzo popularne są różne projekty polegające na przerabianiu klasycznych dzieł sztuki. Gify zmontowane z dzieł popularnych malarzy i strony takie jak Sztuczne Fiołki czy Chore Twory zbierają tysiące lajków. I przy okazji popularyzują sztukę, która dostępna jest już nie tylko w galeriach czy muzeach. Warto zwrócić uwagę na projekt Dobre Sztuki, o którym wspominałam niedawno na swoim fanpejdżu. Dominika, Paulina i Ania postanowiły wprawić obrazy w ruch. Stworzyły fajny team, który nie boi się ruszyć nawet największych malarzy.

Taki przedwojenny blichtr

Jakiś czas temu w Czytelni polecałam tekst dotyczący tego, że Polacy nie potrafią odpoczywać. Skoro nie umiemy, to tym bardziej warto dowiedzieć się, jak robiono to kiedyś – na przykład przed wojną. W Zakopanem przebywali podobno najpiękniejsi i najmężniejsi. Ale nie tylko góry kusiły potencjałem rekreacyjno-rozrywkowym. Kwitły także nadmorskie kurorty, które powstawały zgodnie z lansowaną wówczas ideą miast-ogrodów. Wszystko okraszone bogatą ofertą życia towarzyskiego i potańcówkami do białego rana. Właśnie tam przed wojną szukało się awangardy, która gdzieś musiała zbierać inspiracje. Zbierajmy więc i my – lepszego czasu niż letnie miesiące zapewne na to nie będzie.

50 lat bez Kabaretu Starszych Panów. A tak naprawdę cały czas z nim.

starsi z ksiązkiWyznaję zasadę, że gdy chodzi o przypominanie twórczości Jeremiego Przybory i Jerzego Wasowskiego, każdy pretekst jest dobry. Właśnie mija dokładnie 50 lat od premiery ostatniego wieczoru Kabaretu Starszych Panów. Uznałam więc, że powinnam (a właściwie muszę) poświęcić mu tutaj trochę miejsca, czasu i przestrzeni. W końcu taka okazja jak okrągła rocznica nie zdarza się codziennie.

„Kabaret Starszych Panów popełnił samobójstwo w 1966 roku” – tak pisał w swoich „Memuarach” Jeremi Przybora. Zakończenie cyklu określił jako samobójstwo dlatego, że Starsi Panowie postanowili zniknąć z ekranów tak naprawdę w szczycie swojej popularności (to taka nieznana części dzisiejszych artystów zasada z cyklu „trzeba wiedzieć, kiedy ze sceny zejść”). Podczas ośmiu lat działalności Kabaretu wyemitowano szesnaście premierowych wieczorów oraz kilka programów powtórkowych. Pierwszy wieczór – „Popołudnie Starszych Panów” został wyemitowany 16 października 1958 roku, a ostatni – „Zaopiekujcie się Leonem” pojawił się na ekranach telewizorów 22 lipca 1966 roku.

„Kabaretu Starszych Panów już nie ma, zostało po nim wspomnienie. Może kiedyś, po latach, ktoś oglądający ten kabaret na taśmie telerecordingu, będzie mógł wyjaśnić naukowo na czym polegał jego niezwykły urok i czar”* – tymi słowami Jan Zbigniew Słojewski pożegnał widowisko po emisji ostatniego programu. Zapewne nie spodziewał się wtedy, że po pięćdziesięciu latach Kabaret nadal będzie wspominany i pamiętany. A artykułów i prac bardziej i mniej naukowych powstała na ten temat cała masa.

Halina KozusznikInspicjent Halina Kożusznik podczas pracy na planie

Z okazji rocznicy postanowiłam przypomnieć sobie program „Zaopiekujcie się Leonem”. Z taśm telerecordingu został na szczęście zgrany na płyty DVD, które wydała kilka lat temu Telewizja Polska. Już w „Kupletach” Starsi Panowie zapowiedzieli, że będzie to odcinek pożegnalny. Znalazło się w nim kilka nowych piosenek, ale przypomniane zostały także „stare” – te, których zdecydowaną większość można określić jako przeboje. W programie tym obok Jeremiego Przybory i Jerzego Wasowskiego wystąpili Irena Kwiatkowska, Kalina Jędrusik, Barbara Krafftówna, Agnieszka Fitkau, Mieczysław Czechowicz, Wiesław Gołas oraz Wiesław Michnikowski.

W wieczorze XVI Starsi Panowie wybierają się w podróż. Ma to być delegacja, w którą wysyła ich tajemniczy Prezes Omega. Sami nie wiedzą dokąd jadą i na jak długo, co będą tam robili ani jakim środkiem transportu trafią na miejsce. Do podróży są nastawieni pozytywnie, ale martwią się o dwie rzeczy. Po pierwsze – o ich piosenki, które mogą sczeznąć jeśli zostawią je bez opieki. Po drugie – o mysz nazwaną imieniem Leon, która zostaje w mieszkaniu na czas ich nieobecności. Co chwilę pojawiają się goście: Julia, hrabina Tyłbaczewska, Spory i Nieduży, Upiór i inni. Śpiewają piosenki i opowiadają historie, które często związane są z Prezesem Omegą. I zazdroszczą Starszym Panom wspaniałej podróży. Piosenki zostają więc zaopiekowane. Okazuje się, że Leon też będzie otoczony troską – zajmą się nim Manna (Maria Anna) i jej narzeczony. W takiej sytuacji Starsi Panowie spokojnie mogą wyruszyć w podróż…

____________

*Cytat z książki „Ostatni naiwni. Lekyskon Kabaretu Starszych Panów”. Autorzy: R. Dziewoński, M. Wasowska, G. Wasowski.
*Zdjęcia pochodzą z albumu „Luka w pamięci” autorstwa R. Dziewońskiego, X. Zaniewskiej-Chwedczuk, M. Chwedczuka.

O czym szumią pokrzywy nad Brdą? O tym, co warto zobaczyć w Bydgoszczy

BydgoszczPomysł wyjazdu do Bydgoszczy chodził mi po głowie od dawna. Pojawił się po lekturze jednej z części „Memuarów” Jeremiego Przybory, który przebywał tam kilka lat po zakończeniu wojny i pracował w tamtejszej rozgłośni radiowej. Nazywał Bydgoszcz swoim Neapolem i zachwycał się pięknem bydgoskiej przyrody. Dlatego właśnie na to miasto padł wybór, kiedy zastanawialiśmy się z P. gdzie chcielibyśmy spędzić jeden z czerwcowych przedłużonych weekendów. Wybór okazał się trafny, bo Bydgoszcz jest piękna, a z Warszawy jedzie się tam pociągiem tylko trzy i pół godziny.

Na zwiedzanie miasta nad Brdą warto zarezerwować sobie trzy-cztery dni, bo jest tam naprawdę dużo miejsc wartych odwiedzenia. Opowiem tu o tych, które nam najbardziej przypadły do gustu. Pominę najbardziej popularne zabytki – na Stare Miasto, do najważniejszych kościołów, w okolice kanałów oraz Brdy i tak traficie bez problemu. Zostaniecie też zapewne namówieni na podróż tramwajem wodnym, więc o tym tu nie będę wspominać. Wspomnę za to o miejscach, do których udało nam się trafić bardziej lub mniej przypadkowo. Te drugie oczywiście są najfajniejsze.

1. radio pik
Ten przepiękny budynek to Willa Wilhelma Blumwe, która powstała w latach 1900-1902. Jest miejscem wyjątkowym nie tylko ze względu na swoją architekturę, ale także historię. Budynek powstał na zamówienie jednego z bydgoskich przedsiębiorców, potem funkcjonował tam Dom Klubu Polskiego, a czasie wojny miała tam siedzibę NSDAP. Najważniejsze jest jednak to, że w tym budynku zaraz po wojnie powstała rozgłośnia Polskiego Radia i właśnie tam 1 maja 1945 roku nadano pierwszą audycję radiową w powojennej Polsce. Jeremi Przybora został tam ściągnięty przez dyrektora Tadeusza Kańskiego, który mianował go spikerem, ale też zmotywował do pisana własnych tekstów (Przybora był m.in. współtwórcą audycji „Pokrzywy nad Brdą”). To właśnie tam rozwinął się talent pisarski późniejszego współzałożyciela Kabaretu Starszych Panów. Nic więc dziwnego, że w zeszłym roku Jeremi Przybora został patronem największego studia Radia PiK, które do dziś ma tam swoją siedzibę.

***

2. ul. długa
Podczas naszego czterodniowego pobytu kilka razy zdarzyło nam się wrócić na ulicę Długą. Kiedyś była kupiecką arterią miasta i mam wrażenie, że teraz można zaobserwować powrót do takiej funkcji. Nie stoją przy niej (na szczęście) żadne galerie handlowe, jest natomiast mnóstwo sklepów i przeróżnych punktów gastronomicznych. Bardzo podobała mi się jej niska zabudowa – stylowe kamienice z przełomu wieku XVIII i XIX budują (sic!) świetny klimat. Jeśli jesteście zwolennikami nietypowych muzeów, to właśnie przy ul. Długiej mieści się Muzeum Mydła i Historii Brudu. Nas ta propozycja nie skusiła, ale muzeum to chyba należy do popularnych miejsc odwiedzanych przez turystów. Idąc tamtą ulicą warto nie tylko przyglądać się pięknej architekturze, ale także patrzeć pod nogi – w chodniku wmurowane są Bydgoskie Autografy.

***

3. dzielnica muzyczna
Bydgoszcz jest miastem muzyki. Dlatego koniecznie trzeba odwiedzić Dzielnicę Muzyczną, która jest jedynym tego typu miejscem w Polsce. Powstała w latach 70. XX wieku z inicjatywy dyrektora Filharmonii Pomorskiej – Andrzeja Szwalbego. Tworzą ją trzy instytucje: Filharmonia Pomorska, Akademia Muzyczna (której najsłynniejszym absolwentem jest Rafał Blechacz) i Zespół Szkół Muzycznych im. A. Rubinsteina. Instytucje te otoczone są parkiem oraz rzeźbami kompozytorów i muzyków.

***

4. Opera Nova
Opera Nova nie znajduje się w Dzielnicy Muzycznej, ale zasługuje na uwagę z kilku powodów. Jest jedną z kulturalnych wizytówek miasta, należy do najnowocześniejszych i najładniejszych budynków tego typu w Polsce, a w dodatku położona jest nad samą Brdą. Warto zobaczyć ją w dzień, ale także w nocy, ponieważ ma piękną oprawę.

***

5. eljazz
Skoro jesteśmy już przy muzyce, to trzeba zaznaczyć, że Bydgoszcz także jazzem płynie. Warto odwiedzić dwa miejsca, które mocno wpisują się w muzyczną tradycję miasta. Jednym z nich jest Eljazz, który mieści się przy ulicy Krętej. To popularny klub serwujący muzykę jazzową i awangardową. Drugi to Mózg – jeden z najbardziej znanych w Polsce klubów jazzowych, który posiada także studio nagraniowe, przestrzeń wystawienniczą dla sztuk plastycznych oraz pokoje gościnne. Od razu podpowiadam, że znajduje się na tyłach słynnego hotelu Pod Orłem (nam poszukiwania zabrały całkiem sporo czasu i energii).

***

6. Wyczółkowski
Z Bydgoszczą bardzo związany był Leon Wyczółkowski. Jeszcze za życia przekazał tamtejszemu Muzeum Miejskiemu kilka swoich prac i okolice Bydgoszczy wybrał na miejsce swojego pochówku (chociaż zmarł w Warszawie). Jest patronem Muzeum Okręgowego, a miłośnicy jego twórczości mogą zwiedzać także Dom Leona Wyczółkowskiego. Poza tym w różnych punktach miasta rozlokowane są reprodukcje jego obrazów. Znajdują się w szklanych gablotach, a każda z nich opatrzona jest QR kodem odsyłającym do muzeum oraz dość obszernym opisem dzieła. Taka forma prezentacji sztuki w przestrzeni miejskiej jest świetnym pomysłem – widziałam, jak przyciąga to uwagę przechodniów i turystów.

***

7. Bydgoski Handmade
W sobotnie popołudnie, podczas spaceru przez miasto natknęliśmy się na bardzo fajnie wyglądający sklep z rękodziełem. Był już zamknięty, ale postanowiliśmy tam wrócić w poniedziałek. I było warto – jest tam mnóstwo małych i większych dzieł sztuki użytkowej. Co ważne, wszystkie (hand)made in Bydgoszcz. Można znaleźć tam ceramikę, ubrania, torby, zabawki dla dzieci, ilustracje, przypinki, biżuterię czy podstawki pod kubki. To opcja idealna dla wszystkich poszukiwaczy pamiątek i prezentów. Warto się tam wybrać, bo tego typu miejsc jest w Bydgoszczy niewiele (albo wcale).

***

8. Kamienica 12
Na koniec moje ulubione miejsce – Kamienica 12. Trudno dokładnie i wyczerpująco opisać, co tam jest. Chyba łatwiej byłoby wymienić czego nie ma: kiczu i tandety. To bardzo fajnie zagospodarowana przestrzeń z kulturą i sztuką w mianowniku. W liczniku znajdują się m.in. artystyczne podwórko, kawiarnia, restauracja, czytelnia, miejsce warsztatów plastycznych, galeria sztuki i fotografii oraz sklep z meblami. Z tego co widziałam, odbywają się tam także targi śniadaniowe i imprezy taneczne. Wszystko to rozlokowane jest na dwóch piętrach kamienicy oraz w przestrzeni do niej przylegającej. Zwiedzanie tego miejsca było prawdziwą przyjemnością – przechodzenie przez kolejne jego elementy komentowałam zazwyczaj krótkim „wow”. A w Towarzyska Kafe podają najlepsze ciasto marchewkowe na świecie.

Przyznaję, że jestem zauroczona Bydgoszczą i bardzo chętnie tam wrócę dozwiedzać i dooglądać. Jeśli macie w Bydgoszczy swoje ulubione miejsca, o których nie wspomniałam – piszcie w komentarzach. Pewnie nie tylko ja chętnie bym je poznała.

„Zanim się pojawiłeś” – filmowe korepetycje z dorastania

zanim_sie_pojawiles1O oglądanie melodramatu zdecydowanie bym siebie nie podejrzewała. Na film „Zanim się pojawiłeś” poszliśmy z P. tylko dlatego, że właściwie nie było innego wyboru. To znaczy był, ale na tyle ograniczony, że ta akurat propozycja wydawała się tak zwanym mniejszym złem. Jeszcze bardziej bym siebie nie podejrzewała o to, że podczas takiego filmu nie będę spoglądała na zegarek. A jednak to możliwe. Są dwie opcje: albo się starzeję albo to musiał to być całkiem niezły film.

Pamiętam swoje odczucia, gdy czekając przed seansem na kawę patrzyłam na plakat. Trochę chciałam wtedy uciekać, a trochę liczyłam na to, że kofeina pozwoli mi obejrzeć przynajmniej z połowę filmu. Okazało się, że był to przejaw straszliwej tępoty. W myśl zasady, że jedna jaskółka itd. nie sądzę, że po obejrzeniu „Zanim się pojawiłeś” stanę się fanką takich produkcji. Jednak nie będę więcej oceniała (aż tak bardzo) filmów po plakacie (i szufladzie tematycznej). Całe szczęście, że nie oglądałam wcześniej zwiastunów, bo pewnie zamiast kawy od razu wzięłabym do kina środki nasenne. Byłoby szkoda.

Film w reżyserii Thei Sharrock oparty jest na bestsellerowej powieści Jojo Moyes o tym samym tytule (autorka przygotowała też jego scenariusz). Oczywiście, że nie znałam tej książki. Skoro dałam już popis wszelkiej upartości dodam, że w życiu bym po nią nie sięgnęła. Nie moja stylistyka, nie moja tematyka, a jednak ekranowa wersja całkiem mi się spodobała. Mimo sporej dawki romantyzmu, której zazwyczaj unikam jak ognia.

To trochę opowieść o Kopciuszku made in England. Lou Clark to ładna dziewczyna, która nie wymaga od życia zbyt wiele – odpuściła sobie studia i pracuje po to, żeby pomóc rodzinie znajdującej się w trudnej sytuacji materialnej. Ma chłopaka, który odnosi sukcesy sportowe i biznesowe. Jej życie opiera się na pracy, spotkaniach z nim i oglądaniu telewizji. Interesuje się modą (uwielbia stylizacje a la papuga), ale nie ma wygórowanych ambicji i praca w kawiarni jest dla niej całkiem sensownym zajęciem. Chociażby dlatego, że potrafi parzyć dobrą herbatę i uwielbia rozmawiać z ludźmi.  Nagle, z dnia na dzień traci pracę i musi szybko znaleźć coś nowego. Trafia do zamku (brzmi to i wygląda tak samo spektakularnie), w którym ma się opiekować Willem Traynorem, 31-latkiem poruszającym się na wózku inwalidzkim. Mimo tego, że jest straszliwie gadatliwa (czasem aż za bardzo), nie może nawiązać z nim kontaktu. Jej podopieczny jest krnąbrny, złośliwy i zamknięty w sobie. Dzieje się tak dlatego, że nie może pogodzić się z tym, że w wyniku wypadku stracił swoje bogate w emocje, aktywności i wydarzenia życie. Posypało mu się dosłownie wszystko: kariera, zdrowie, pasje, a nawet miłość – po nieszczęśliwym zdarzeniu jego dziewczyna odeszła i związała się z ich wspólnym przyjacielem. Kiedy Lou dowiaduje się, że Will załatwia wszystkie formalności związane z eutanazją, stawia sobie za cel zatrzymanie go przed tym ruchem. Wymyśla różne atrakcje, stara się go uszczęśliwić, spędza z nim dużo czasu – także po godzinach. Angażuje się w swoją misję tak bardzo, że w końcu się zakochuje…

zanim_sie_pojawiles2

Opowieść brzmi banalnie, ale aż tak bardzo banalna nie jest. Została sensownie zrealizowana i dobrze się ją ogląda. W ogromnej części jest to zasługa aktorów. Śliczna Emilia Clarke (Lou), która czasem przeginała z mimiką, arcyprzystojny Sam Claflin (Will) oraz Janet McTeer (matka Willa), Charles Dance (ojciec Willa) i Jenna Coleman (siostra Lou) stworzyli kreacje, które nie przytłoczyły i nie przeromantyzowały historii. Opowieść ta jest w końcu pretekstem do poruszenia nielekkiego tematu eutanazji – pokazuje proces dojrzewania do takiej decyzji w obliczu poczucia beznadziei i fizycznego cierpienia. Niestety, wątek ten nie został potraktowany kompleksowo – jest pokazany właściwie tylko z jednej strony. I tak naprawdę nie poddano go dyskusji. A szkoda, bo temat i pomysł, w jaki został wpleciony już sam w sobie daje dużo do myślenia. I to nie jest tak, że to myślenie ogranicza się tylko do sali kinowej.

Spodziewałam się, że zobaczę na ekranie coś zupełnie innego. Może jestem nieczuła, ale łez ze mnie nie wycisnęło. Myślę, że to za sprawą mojej wysokiej odporności na wszelkie romantyczne historie. Na szczęście dla równowagi pojawiło się sporo większych i mniejszych wątków humorystycznych pozwalających na chwilę oddechu. Taka mieszanka trudnych tematów, lekkich przerywników i kilku znaków zapytania sprawiła, że nie nudziłam się i nie spoglądałam co chwilę na zegarek – a w przypadku moich spotkań z X muzą nie jest to takie oczywiste. Miło było patrzeć, jak radosny dzieciak ukryty w ciele 26-latki zmienia siebie i życie faceta, który zupełnie stracił wiarę jego sens.

Gdybym miała podsumować produkcję jednym hasłem, określiłabym ją jako film o zmianie. Bo zmian w nim nie brakuje. W życiorysach wszystkich bohaterów i w świecie dookoła nich. Ułamek sekundy może dużo zmienić, podobnie jak dużo może zmienić spotkanie, utrata pracy, chęć pomocy drugiej osobie. Dlatego według mnie warto zobaczyć ten film. Bez względu na to, czy przydadzą się chusteczki, czy nie.

Czytelnia: Co Pablopavo wie o życiu, powojenna moda, urlopowe korepetycje i o czym Andrzej Rysuje

coffee-791439_640Trochę się tu zrobiły czytelniane zaległości, ale już wracam z porcją nowych artykułów. Wśród nich polecam rewelacyjny wywiad z Pablopavo o jego muzycznych inspiracjach, które czasem wybiegają poza Warszawę. Nie byłabym sobą, gdyby nie było tu czegoś o modzie – tym razem o historii mody rodzącej się ruinach powojennej Polski. Teraźniejszość natomiast reprezentuje Polak, który nie potrafi wypoczywać, Andrzej (co) Rysuje oraz pan Marek i jego kultowy antykwariat.

Pablopavo: Mam 37 lat. Co ja wiem o życiu?

Gdybym miała jednym hasłem podsumować wywiad z Pablopavo, zacytowałabym Pawlaka z jego słynnym „mądrego to i przyjemnie posłuchać”. Dotyczy to każdej możliwej jego odsłony – koncertowej, płytowej i rozmownej. Z wywiadu wyłania się obraz gościa, który nie jest wbity w sztuczne ambicje, bo droga którą przebył wymagała od niego sporo pokory. Opłacało się. Dzięki temu, że nie zawsze było łatwo, dziś może czuć się spełniony artystycznie i nie musi jurorować w talent showach. I chyba o to w tym wszystkim chodzi.

Manicure na ruinach. Polska moda po II wojnie światowej…

Wydawać by się mogło, że ubrania i styl to ostatnie, co chodziło po głowach Polaków powracających z tułaczki i otrzepujących z siebie kurz wojennej zawieruchy. Karolina Sulej (autorka książki „Modni. Od Arkadiusa do Zienia”) pokazuje, że moda była nie tylko koniecznością ubierania się w cokolwiek, tylko pretekstem do oderwania swoich myśli od sposobów na przetrwanie w niełatwej rzeczywistości. Niedługo po wojnie zaczęły pojawiać się sklepy i pokazy mody. Rodziły się też trendy, które uwarunkowane były w dużej mierze tym, co akurat dostępne było w jakimkolwiek obiegu.

Poprawka z wolnego

Artykuł Tomasza Kozłowskiego przypomniał mi, dlaczego wybrałam kiedyś studia socjologiczne. Otóż nasz naród wykształcił w sobie kilka sprawnych mechanizmów kombinowania, aby wykroić dla siebie jak najwięcej czasu wolnego. Na początku każdego roku ułatwiają nam to np. serwisy informacyjne, które podpowiadają, kiedy najlepiej zaplanować wolne, żeby maksymalnie przedłużyć odpoczynek od pracy. Gorzej jest natomiast z jego zagospodarowaniem. I to tylko z jednego prostego powodu – zupełnie nie potrafimy się z tego swojego zdobycznego cieszyć. Ku przestrodze i do poprawki.

Jeśli satyrycy kierowaliby się interesem, a nie przekonaniami, to powinni głosować na prawicę, bo prawica daje nam mnóstwo tematów do żartów

Andrzej Rysuje tym razem nie rysuje, tylko mówi. Kilka lat temu pisał wiadomości na pasek TVN24, natomiast dziś jest jednym z najbardziej znanych rysowników w Polsce. Ma o naszym kraju dużo do powiedzenia – według niego jesteśmy narodem na tyle przekornym i buntowniczym, że nie grozi nam żadna dyktatura. Spora w tym zasługa rysowników, którzy czasem (tak jak Andrzej) sami trafiają do memów.

Antykwariat Grochowski. Prowadzi go człowiek, który uwierzył w książki

Chociaż na półkach czasem brakuje miejsca, trudno mi odmówić sobie przyjemności powiększania domowej biblioteki o kolejne pozycje. Antykwariat Marka Łączyńskiego to miejsce często odwiedzane przez książkoholików takich jak ja. Stał się miejscem kultowym – odwiedzają go młodzi, starsi, pasjonaci książek z różnych dziedzin i poszukiwacze wydawniczych rarytasów. Teraz powierzchnia antykwariatu powiększyła się dwukrotnie, co umożliwiło poszerzenie asortymentu o drugą miłość właściciela, czyli muzykę – oczywiście w postaci płyt winylowych. Jest z czego wybierać – obecnie na półkach znajduje się  130 tys. książek i 10 tys. płyt. Cieszę się, że są jeszcze ludzie, którzy wierzą w książki. I że rzeczywistość tej ich wiary boleśnie nie weryfikuje – a wręcz przeciwnie.