Jesienny Przewodnik Kulturalny #1 – Co oglądać?

Jesień stała się faktem. Nie jest to moja ulubiona pora roku, ale jakoś trzeba sobie z nią radzić. Właśnie dlatego postanowiłam stworzyć Jesienny Przewodnik Kulturalny. Podpowiem w nim kilka kulturalnych aktywności, które pomogą przetrwać (albo nawet celebrować) długie, jesienne wieczory. Na pierwszy ogień idą propozycje filmowe. Przyjrzałam się nadchodzącym premierom oraz aktualnym repertuarom kin i wybrałam pięć moim zdaniem szczególnie wartych uwagi produkcji. Zatem startujemy z Przewodnikiem.

Artyści

Fanką seriali zdecydowanie nie jestem i zupełnie nie orientuję się w tym obszarze, ale w moim zestawieniu po prostu nie mogło zabraknąć produkcji, która jest czymś absolutnie wyjątkowym – szczególnie na tle krajobrazu obecnej oferty Telewizji Polskiej. Serial „Artyści” opowiada o warszawskim teatrze, do którego przyjeżdża z prowincji nowy dyrektor. Ma pecha, bo chodzą pogłoski, że został wybrany w konkursie tylko po to, żeby dobić teatr. Musi mierzyć się z problemami finansowymi, wrednymi dziennikarzami oraz krnąbrnym zespołem, któremu nie odpowiada nowa władza. Serial stworzył świetny duet autorów – Monika Strzępka  i Paweł Demirski, którzy o polskim teatrze wiedzą chyba wszystko. Zbiera bardzo dobre recenzje, bo jest oryginalny ze względu na pomysł, scenariusz, realizację i dobór obsady. Ja w każdy piątek o 22.20 włączam TVP2 i znikam. Więcej o serialu przeczytacie tu.

***

Ostatnia rodzina

To chyba jeden z najbardziej wyczekiwanych filmów tego roku. Biorąc pod uwagę recenzje i przyjęcie na Festiwalu Filmowym w Gdyni, jest skazany na sukces – podobnie jak wcześniej książka „Beksińscy. Portret podwójny” Magdaleny Grzebałkowskiej. Nie jest to film dokumentalny, a oparta na faktach historia rodziny, w której skład wchodzą niełatwe, artystyczne dusze (wcielają się w nie Andrzej Seweryn i Dawid Ogrodnik). Bardzo czekam na tę produkcję, a pozytywne opinie dziennikarzy tylko podsycają to oczekiwanie. Premiera już 30 września.

***

Miles Davis i ja

Kolejny film o niespokojnej, artystycznej osobowości na który bardzo czekałam. Miles Davis to jedna z największych muzycznych legend, nic więc dziwnego, że jego życie zainspirowało filmowców. Stworzyli obraz z mocnym wątkiem sensacyjnym i świetną muzyką w tle. Opinie na temat produkcji „Miles Davis i ja” są bardzo podzielone – jedni pieją z zachwytu nad niebanalnym pomysłem, drudzy zarzucają mu zbytnie uproszczenie życiorysu legendy. Moim zdaniem warto zobaczyć ten film – szczególnie, jeśli lubicie jazz. Moją recenzję możecie przeczytać tu.

***

Sekretne życie zwierzaków domowych

A teraz coś z zupełnie innej beczki, choć z tego samego kontynentu co Miles. Producenci tego animowanego filmu już powinni dostać Oskara w kategorii „Budowanie napięcia i kształtowanie cierpliwości widza”. Od ponad roku w internecie można było oglądać fragmenty „Zwierzaków”, a film trafił do polskich kin dopiero teraz. Ja sama nie należę do grona fanów takich animacji, ale wszelkie możliwe zwierzęta uwielbiam, więc chętnie sprawdzę, co tam wyprawiają pod nieobecność swoich karmodawców.

***

Wszystkie nieprzespane noce

Zestawienie zamyka film, na który trzeba będzie jeszcze trochę poczekać. Wszystko wskazuje na to, że warto, bo już zdobył prestiżowe nagrody – na festiwalu Sundance (dla najlepszego reżysera) oraz na T-Mobile Nowe Horyzonty (nagroda publiczności). Obraz w reżyserii Michała Marczaka opowiada o dzisiejszych dwudziestolatkach, których życiorysy splatają się w tętniącej różnymi możliwościami i emocjami Warszawie. Pojawiają się w nim przyjaźnie, miłości, imprezy, używki i muzyczne festiwale. Film będzie można zobaczyć w kinach od 4 listopada.

***

To moje propozycje na jesienne wieczory w sali kinowej lub przed telewizorem. Dajcie znać, czy któreś z nich widzieliście. I podzielcie się swoimi filmowymi pomysłami na najbliższe miesiące – chętnie poszerzę moją listę filmów do zobaczenia.

Miles Davis i ja. Nie samym jazzem człowiek żyje

milesdavisijaMiles Davis to artysta, który cały czas inspiruje – nie tylko swoją twórczością czy sposobem grania, ale także życiorysem. Fragment jego bogatego życia postanowili pokazać twórcy filmu „Miles Davis i ja”. Ciągle przeplata się w nim miłość, muzyka, narkotyki i walka. Opowiadana w nim historia jest fikcyjna, choć biorąc pod uwagę biografię i cechy charakteru bohatera – mogła wydarzyć się naprawdę.

Artystów, którzy zasłużyli na miano ikon w swoich dziedzinach łączy jedno – legenda.  Miles jest jednym z najbardziej wpływowych muzyków jazzowych, chociaż w filmie przyznaje, że nie lubi pakowania muzyki do szuflad. I słusznie, bo sam dzięki swojemu wizjonerskiemu podejściu miał wpływ na powstanie nowych gatunków, brzmień i szkół gry. Przedstawienie tak barwnej postaci nie było łatwym zadaniem. Podjął się go Don Cheadle, który jest tu reżyserem, autorem scenariusza i odtwórcą głównej roli. W tej ostatniej funkcji odnalazł się świetnie, a o dwóch pozostałych można dyskutować.

Film „Miles Davis i ja” to próba nie tylko zmierzenia się z legendą, ale także pokazania człowieka, który po wygaśnięciu scenicznego oświetlenia musi walczyć ze swoimi demonami. W przypadku Milesa tymi demonami były przede wszystkim narkotyki, bez których nie umiał żyć. A także żarłoczność szefów wytwórni, których mniej obchodzi osoba artysty i proces twórczy, a bardziej suma, która rośnie na koncie po wydaniu kolejnego hitowego albumu. Nic w tym dziwnego, takie prawa rynku.

Mamy więc wielkiego, uznanego na całym świecie muzyka, towarzyszące mu cały czas narkotyki, konflikty z przedstawicielami wytwórni i… miłość, która wydaje się kluczem do wielu wydarzeń w życiu Milesa. Ale to tylko pewien wycinek jego życia. Pokazany jest w konkretnym miejscu, gdy po paśmie sukcesów ma 5 lat przerwy w występowaniu i nagrywaniu płyt. Natomiast historia jego miłości do Frances Taylor sięga nieco dalej wstecz i rzutuje na to, co obecnie.

Cała akcja kręci się  (i to dosłownie) wokół taśmy z nowym materiałem, która zostaje wyniesiona z domu muzyka i przechwycona przez coś w rodzaju muzycznej producenckiej mafii. Od samego początku Milesowi towarzyszy dziennikarz „Rolling Stone’a” Dave Braden (właśnie dołączyłam do fanklubu Ewana McGregora), który z czasem okazuje się bardzo przydatnym (choć uciążliwym i chwilami irytującym) bagażem. Najpierw dostał w dziób od porywczego artysty, a potem jego pomoc okazała się niezbędna w krytycznym momencie.

Na uwagę zdecydowanie zasługuje fakt, że autorzy filmu nie mieli ambicji pokazania w standardowy sposób biografii muzyka (z obowiązkowymi wstawkami wypowiedzi współpracowników). Zresztą, gdyby chcieli to zrobić, pewnie musieliby stworzyć serial dokumentalny a nie film trwający półtorej godziny. W dynamiczny sposób przeplatali wątki kryminalne, miłosne, obyczajowe i muzyczne. Tylko tych ostatnich według mnie było zdecydowanie za mało. Za dużo natomiast pościgów, strzelanin, rękoczynów, bluzgów i wciągania kokainy.

Trochę zabrakło w „Milesie” samego procesu tworzenia. Owszem, były pokazane próby, w sceny wkomponowane były utwory jazzmana, przewijały się gdzieś na ekranie fragmenty koncertów, okładki płyt oraz chwile, kiedy brał do ręki trąbkę i próbował improwizować. Jednak to nie muzyka jest głównym tematem tego filmu. Jego twórcom chodziło bardziej o przedstawienie stanów emocjonalnych artysty, który z punktu widzenia otoczenia mógł się wydawać porywczy i bezczelny. Ale nie oznacza to, że został pokazany w złym świetle. Ujawniono bezlitosne sposoby działania przemysłu muzycznego i geniusza, który nie radzi sobie sam ze sobą. A po odejściu żony pocieszenia szuka w torebkach z białym proszkiem.

Moim zdaniem warto zobaczyć ten film. Ze względu na koncepcję, ścieżkę dźwiękową i kreacje aktorskie na pewno. Minusem produkcji jest to, że wrażliwy muzyk został tu bohaterem filmu akcji, który rozbija się po ulicach samochodem, ćpa, bije, grozi i jest dość trudnym, bezkompromisowym człowiekiem. Na pewno ma na to wpływ wybór specyficznego momentu życia Milesa. Gdyby wybrano którykolwiek inny wycinek jego życia, inaczej musiałyby się rozłożyć akcenty i dużo więcej byłoby samego procesu twórczego. Wtedy dla tych, którzy nie są miłośnikami jazzu mogłoby być nudno. Ale tu z kolei rodzi się pytanie, czy widzowie, którzy nimi nie są powinni iść na ten film…?

Vivienne Westwood od A do Z

vvivienne_westwoodVivienne Westwood to jedna z najbardziej wyrazistych postaci świata mody. Ale to także matka, babcia, działaczka ekologiczna i jedna z najważniejszych osób dla historii ruchu punkowego. Teraz, gdy skończyła 75 lat i jest prawdziwą ikoną mody, mogłaby spocząć na laurach i zbierać plon z tego, co osiągnęła na przestrzeni wielu lat swojej ciężkiej pracy. Jednak nie zamierza tego robić – ciągle projektuje, organizuje pokazy oraz bierze udział w różnych akcjach społecznych i kampaniach ekologicznych. I dokładnie tak, jak przez całe swoje dotychczasowe życie, całą sobą potwierdza idee, które przekazuje światu.

Niedawno nakładem wydawnictwa Bukowy Las ukazała się książka „Vivienne Westwood”, której autorem jest Ian Kelly. To zapis historii życia Vivienne, na który składają się rozmowy z projektantką oraz jej współpracownikami, spotkania z nią przy pracy oraz materiały archiwalne – zdjęcia, listy i fragmenty wypowiedzi różnych osób. Bohaterka książki uznała, że dzięki tej publikacji może rozjaśnić legendy na swój temat i powiedzieć, jak było naprawdę. A tak się składa, że w jej bogatym życiorysie głośnych wydarzeń i skandali nie brakowało.

Każdy akapit książki to lekcja historii, mody, kultury i przemian społecznych. Wszystkie momenty życiorysu Westwood zostały ukazane w szerszych kontekstach, dzięki czemu można poznać nie tylko życie i osiągnięcia wybitnej projektantki, ale także kawałek historii Wielkiej Brytanii. Na przestrzeni tych wszystkich lat dokonała się prawdziwa rewolucja w podejściu do mody – Vivienne była świadkiem, uczestniczką i katalizatorem wielu z nich. To ona spopularyzowała buty na koturnach, wymyśliła sukienki tuby, napisy na t-shirtach i wskrzesiła gorsety. Jej też zawdzięczamy lansowanie sylwetki klepsydry, ubrania unisex i wszelkie stylistyczne asymetrie.

Moda przemija, Vivienne nie. Ona się nie zmienia, a cały ubraniowy biznes, z którym jest związana, to opowieść o niej i o jej patrzeniu na świat. Aby przedstawić Wam trochę ciekawostek na temat projektantki, postanowiłam ułożyć alfabet z jej życiorysu. Oto Vivienne Westwood od A do Z:

A jak Andreas
andreaskronthalerviviennewestwoodAndreas Kronthaler to mąż Vivienne i jednocześnie jej najbliższy współpracownik. Poznali się, gdy Vivienne prowadziła wykłady w Wiedniu – Andreas był jej studentem (jest od niej młodszy o 25 lat). Szybko przyszła wzajemna fascynacja i miłość, która przerodziła się w trwający już 25 lat związek. Współpracownicy tej kreatywnej pary określają ich jako „spokój i szacunek”. Pod tym względem należą do wyjątków w tej krwiożerczej branży.

B jak Ben
Benjamin Arthur Westwood to syn Vivienne z pierwszego małżeństwa z Derekiem Westwoodem. Urodziła go w 1963 roku i kilka miesięcy później postanowiła rozstać się z mężem. Gdy z kolei ją zostawił kolejny partner – Malcolm McLaren, Ben wraz z młodszym bratem pomagali prowadzić legendarny sklep przy King’s Road.

C jak Coco Chanel naszych czasów
Vivienne dzięki swojej ciężkiej pracy i bezkompromisowemu podejściu do sztuki stała się prawdziwą dyktatorką mody (grand couturier). Na Dalekim Wschodzie znana jest bardziej niż brytyjska królowa czy Madonna. Bywa określana mianem „Coco Chanel naszych czasów” także dlatego, że wprowadziła lub spopularyzowała kilka elementów garderoby, które przetrwają przez kolejne dziesięciolecia.

D jak DIY, czyli Do It Yourself
Od dzieciństwa była przyzwyczajona do tego, że w trudnych czasach trzeba umieć sobie radzić i polegać na swoich umiejętnościach – szyjąc, szydełkując czy wykorzystując resztki. Zasada Do It Yourself towarzyszy jej przez całe życie i stała się jej mottem. Cały czas z niej korzysta, chociaż trudne czasy dla Vivienne minęły już dawno temu.

E jak ekologia
Aktywizm ekologiczny to jedna z najważniejszych misji Vivienne. Szyje z ekologicznych tkanin, a praktycznie całość produkcji odbywa się we Włoszech (nie w Azji, co jest teraz częstą praktyką). Ale jej działalność nie ogranicza się do mody. Współpracuje z organizacjami broniącymi ofiar niesprawiedliwości i wyzysku, wspiera PETĘ i Greenpeace, Refugee Council i Friends of the Earth.

F jak fryzura
Przez lata Vivienne znana była z ognistorudych włosów – najpierw długich, później ściętych na krótko. W czasach, gdy wiodła ze swoim ówczesnym partnerem Malcolmem szalone, punkowe życie, sporo eksperymentowała z wyglądem. Dotyczyło to nie tylko kontrowersyjnych strojów. Krótkie, asymetryczne strzyżenie na mocno rozjaśnionych włosach podobno skopiował od niej David Bowie (chodzi o wizerunek lansowany jako Ziggy Stardust).

G jak gorset
Jeden z mocno eksponowanych w kolekcjach Vivienne elementów kobiecej garderoby. To wynik ogromnej fascynacji historią i jednocześnie najlepsze narzędzie do kształtowania kobiecej sylwetki – klepsydry. Każdy starający się o pracę w jej firmie musi zdać egzamin z szycia gorsetu z fiszbinami.

H jak Harris Tweed
To jedna z najbardziej znanych kolekcji Vivienne. Projektantka określała ją jako „zabawną, ale niezwykle szykowną”. To kolekcja przepełniona „brytyjskością” – bardzo popularne są dopasowane bliźniaki z tej linii. Harris tweed to też chroniony znakiem towarowym tweed produkowany z tkanin spełniających wyśrubowane normy (m.in. farbowany barwnikami roślinnymi).

I jak Ian Kelly
Autor książki o Vivienne. Pisze książki o znanych osobach, ale jest także aktorem. Podczas pracy nad tą publikacją poznał nie tylko Vivienne i jej otoczenie, ale także nauczył się wiele o świecie i kulturze. Czas, który spędził u boku projektantki określił jako Rok Magicznych Olśnień.

J jak Joe
A właściwie Joseph Ferdinand Corré – urodzony w 1967 roku syn Vivienne i Malcolma McLarena.  Poszedł w ślady matki, choć zajął się trochę inną gałęzią mody. Wraz ze swoją ówczesną żoną, Sereną Rees założył znaną już na całym świecie markę Agent Provocateur produkującą zmysłową bieliznę.

K jak kultura
„Jedyne, w co naprawdę wierzę, to kultura. Nigdy wcześniej, w żadnej epoce, ludzie nie mieli tak mało szacunku dla przeszłości” – to słowa Vivienne, które są reprezentatywne dla jej działalności. Gdy tworzyła swoje pierwsze kolekcje, nie miała pieniędzy na podróże – inspirowała się głównie książkami historycznymi i wystawami sztuki. Sztuka i literatura zawsze bardzo ją interesowały. Tak dzieje się do dziś, choć teraz stać ją na każdą podróż, jaką tylko chciałaby odbyć. Ogromną ilość czasu spędza w galeriach sztuki i bardzo dużo czyta. Bo przecież moda to nie tylko ubrania, ale cały sposób myślenia o świecie, estetyce i historii.

L jak letryzm
Przeniesienie letryzmu do mody to jedna z największych zasług Vivienne i Malcolma McLarena dla popkultury. Pod koniec lat ’60 zaczęli tworzyć koszulki, na które nanosili ręcznie pisane przez Vivienne hasła. Był to wtedy pomysł o tyle rewolucyjny, że nikt wcześniej nie wykorzystywał takiej techniki przy tworzeniu odzieży. Okazał się nie tylko nowatorski, ale także przydatny przy manifestowaniu punkowego światopoglądu.
vivienne-i-malcolm
M jak Malcolm
Malcolm McLaren to jeden z mężczyzn jej życia – odegrał ogromną rolę dla jej twórczości. Niektórzy twierdzą, że wspólnie zmienili świat. Ten związany z subkulturą punk na pewno. Ich związek trwał od końca lat ’60 do początku ’80 i obfitował w wiele wzlotów i upadków. Malcolm jest ojcem drugiego syna Vivienne – Joego.

N jak Nigella
Nie jest tajemnicą, że projektanci z takim dorobkiem ubierają największe gwiazdy. Do wielbicielek talentu i filozofii Vivienne należy Nigella Lawson. Chwali jej projekty za to, że mogą wyeksponować na przykład nieco bujniejsze kształty w taki sposób, że nie trzeba się ich wstydzić ani ukrywać. W jednym z wywiadów dla „Vogue” powiedziała, że rzeczy tworzone przez Westwood są pewnego rodzaju antymodą – projektuje dla kobiet, które posiadają piersi i biodra. Jak powszechnie wiadomo, takie elementy figury nie wpisują się w lansowany przez większość projektantów rozmiar 0, bo psują linię ubrań.

O jak Order Imperium Brytyjskiego
To odznaczenie, którym została uhonorowana Vivienne w 1993 roku podczas uroczystości z okazji urodzin królowej. Ceremonia nie mogła obyć się bez ekstrawagancji. Projektantka przygotowała sobie na tę uroczystość kostium inspirowany projektami Diora. Gdy przed kamerami i aparatami zawirowała spódnicą, wszyscy dowiedzieli się, że nie miała pod spodem bielizny.

P jak Punk rock
Punk zawdzięcza Vivienne i Malcolmowi swoją obecność, ikonografię i trwanie. Wykształcił się w prowadzonym przez nich sklepie przy King’s Road 430. Tam powstał także jeden z najważniejszych zespołów punkowych – Sex Pistols, którego managerem był Malcolm. Vivienne wraz z Malcolmem byli rodzicami chrzestnymi zespołu, autorami tekstów oraz twórcami scenicznego wizerunku muzyków. Vivienne ma prawa autorskie do kilku piosenek grupy.

Q jak Queen
Projektantka dokładnie pamięta dzień koronacji Królowej Elżbiety. Było to 2 czerwca 1953 roku, a Vivienne miała wtedy dwanaście lat. Z zapartym tchem oglądała uroczystość, która wpłynęła na nią do tego stopnia, że elementy związane z królewskością ciągle pojawiają się w jej twórczości. Właśnie dlatego na logo swojej firmy wybrała królewskie jabłko, a jednym z najbardziej znanych jej projektów są T-shirty z napisem „God Save the Queen”.

R jak Rewolucja klimatyczna
Vivienne nie tylko dużo mówi o ekologii, ale także bierze udział w różnych akcjach zbierania pieniędzy oraz uświadamiania ludzi o problemach związanych z eksploatacją zasobów naturalnych ziemi. Jedną z najbardziej promowanych przez nią kampanii jest Rewolucja Klimatyczna (tak nazywała się też jedna z jej kolekcji). Udało jej się włączyć w swoje działania m.in. księcia Karola i Pamelę Anderson.sex_and_the_city

S jak Sarah Jessica Parker
Wcielająca się w postać Carrie Bradshaw aktorka spowodowała, że Vivienne z hukiem wpadła w wir popkultury. Stało się to za sprawą filmu „Sex w wielkim mieście”. Główna bohaterka filmu wystąpiła na swoim ślubie w sukni projektu Vivienne Westwood. Stało się tak dlatego, że Sarah Jessica Parker prywatnie jest wielką fanką projektantki i jako producentka miała wpływ na dobór kreacji do jednej z głównych scen. Wybór ten był ogromnym zaskoczeniem dla wszystkich (z Vivienne włącznie), ponieważ spodziewano się, że zostanie wybrany jakiś międzynarodowy dom mody albo amerykańska marka.

T jak tuba
Vivienne zawdzięczamy nie tylko t-shirty z nadrukami czy buty na koturnach, ale także bardzo popularny obecnie model sukienki i spódnicy tuby. Sama zawsze testowała to, co proponowała swoim klientkom i tak było też w tym przypadku. W studio miała całe zwoje podwójnego dżerseju. Kiedyś wcisnęła na siebie rurę uszytą z tego materiału, który sięgał aż do kostek i opinał sylwetkę. Bardzo szybko stało się to bardzo popularne i zawojowało brytyjską ulicę.

U jak unisex
To kolejna rzecz, którą dzisiejsza moda zawdzięcza Vivienne. Ubrania typu unisex mają swoje korzenie w subkulturze punk. T-shirty z napisami i obrazkami, suwaki, prześwitujące materiały, ćwieki, obroże, żyletki i łańcuchy nie dzieliły płci. W pewnym momencie stały się prawie zupełnie aseksualne. I w tym też tkwiła moc ich przekazu.

V jak Vivienne
Jej wpływ na ewolucję i wygląd dzisiejszej mody jest niezaprzeczalny. John Galliano powiedział, że nie da się myśleć o stylu punk i new romantic bez Vivivenne. Ale jej wkład w trendy wykracza znacznie poza te dwa nurty. Najmocniej jej rangę podkreślił znany redaktor modowy John Fairchild, który w 1989 roku napisał o szóstce projektantów końca XX wieku mających przejść do historii. Obok Vivienne w „wielkiej szóstce” znaleźli się: Yves Saint Laurent, Giorgio Armani, Emanuel Ungaro, Karl Lagerfeld i Christian Lacroix.

W jak wojna
Ogromne znaczenie dla twórczości Vivienne miały czasy, w których się urodziła. A były to czasy II wojny światowej. Wszystkie towary były reglamentowane, trzeba było radzić sobie z brakami na wszystkie możliwe sposoby. Wiele rzeczy dziergało się z włóczki lub robiło w domu własnym sumptem. Vivienne podpatrywała rodziców (jej matka dużo szydełkowała i szyła, ojciec był złotą rączką). W wieku 5 lat potrafiła zrobić buty. Dopiero gdy poszła do szkoły odkryła, że nie jest to standardowa umiejętność uczennicy pierwszej klasy. Rozwijane od najmłodszych lat kreatywne myślenie zaowocowało w przyszłości.

Z jak zrozumienie
Vivienne twierdzi, że obowiązkiem nas wszystkich jest zrozumienie świata. Powinniśmy starać się poznawać różne wizje świata wypracowane przez poprzednie pokolenia w zamian za to, że mamy szczęście żyć. I dzięki temu możemy zmieniać naszą przyszłość. „Szukając idei, zaczniesz myśleć, a to zmieni twoje życie. A jeśli zmienisz swoje życie, zmienisz świat”.

Czytelnia: odpoczynek z gwiazdami, Moskwa Bułhakowa, rozmowy o modzie i artystyczne pary

Czytelnia-sierpienPodejrzewam, że istnieją jakieś badania mówiące o tym, że na koniec wakacji warto podróżować.  Załóżmy, że tak właśnie jest. Wśród artykułów, które znalazłam w sierpniu w sieci szczególnie polecam dwa podróżnicze teksty. Jeden opowiada o miejscach chętnie odwiedzanych przez polskie gwiazdy, drugi o Moskwie Bułhakowa. Oprócz tego, jak zwykle porcja sztuki – tym razem są to opowieści o znanych artystycznych parach. A także dwa fantastyczne wywiady o modzie – z utalentowaną Eleną Ciupriną oraz jedną z moich ulubionych projektantek – Stellą McCartney. Zapraszam do sierpniowej Czytelni – inspiracji na jesień z pewnością nie zabraknie.

Letnie ustronia polskich artystów

W lipcowej Czytelni poznaliśmy słynne, przedwojenne kurorty. W sierpniu pojawiła się okazja do odwiedzenia mniejszych miast i miejscowości, w których można było spotkać gwiazdy scen, filmów, estrady i literatury. Na przykład Gałczyński rozsławił miejscowość Pranie, do której trafił po raz pierwszy w lipcu 1950 roku. We wspomnieniach Osieckiej często pojawiały się Krzyże, chętnie odwiedzane także przez Wojciecha Młynarskiego, Bohdana Łazukę, Olgę Lipińską czy Krystynę Sienkiewicz. Ale takich małych, urokliwych miejsc jest w Polsce o wiele więcej. Z tekstu na Culture.pl dowiecie się, kto odwiedzał Chałupy, Lanckoronę i Juratę oraz dla kogo Konstancin stał się drugim domem.

Na tropie: Bułhakow

Tym razem wycieczka na Wschód – śladami Bułhakowa. Chociaż urodził się i uczył w Kijowie, to Moskwa była miastem jego życia. I przede wszystkim miejscem, w którym rozgrywa się akcja jego największego dzieła. Nie wiem nawet, ile razy czytałam „Mistrza i Małgorzatę” – potrafiłam wracać do tej książki w każde wakacje. Dlatego z taką przyjemnością przeczytałam artykuł na Enter The Room. Pozwolił w innych niż wcześniej okolicznościach zajrzeć na Patriarsze Prudy, odwiedzić ul. Sadową 10 i powędrować na Bulwar Twerski, gdzie mieściła się siedziba legendarnego Massolitu.

„Ciekawe i dziwne nie zawsze jest piękne.” Wywiad z Eleną Ciupriną

Elena Ciuprina to jedna z najbardziej intrygujących postaci współczesnej polskiej mody. Popularność zdobyła jako ilustratorka, ale postanowiła spróbować swoich sił także jako projektantka ubrań. Znalazła swoją drogę i wie, co chce zaoferować klientkom. Inspiruje ją architektura – doskonale widać to w jej projektach. Elena to niezwykle kreatywna osoba – zdecydowanie warto ją poznać. Dlatego bardzo polecam wywiad dla Fashion Biznes.

Stella McCartney: Nigdy nie czułam się wystarczająco modna

Jeszcze jedno spotkanie ze światem mody. I jeszcze jeden wywiad z bardzo ciekawą, kreatywną kobietą, która świetnie odnajduje się w tym środowisku. Stella McCartney to nie tylko projektantka i słynna córka słynnego ojca. To kobieta, która nie boi się sprzeciwić panującym w modowym świecie zasadom i potrafi pójść pod prąd. Nie zgadza się na używanie w swoich kolekcjach naturalnych futer i skór, choć dane finansowe pokazują, że wytworzone z nich dodatki mogłyby przynosić pięciokrotnie wyższe dochody niż obecnie. Stara się tworzyć rzeczy, które nie tylko przypadną do gustu klientkom, ale także takie, które będą przyjazne środowisku. Do tej pory jej się to udaje – i oby tak było do końca jej kariery.

Niebezpieczne związki, czyli 10 najsłynniejszych artystycznych par

Z artystami to nigdy nie wiadomo. Bywają nadwrażliwi, niezbyt ortodoksyjnie wierni partnerowi/partnerce i chwiejni emocjonalnie. Niezła Sztuka prezentuje 10 artystycznych par, które połączyły (na dłużej lub krócej) niepokorne dusze. Dowiecie się, jak rozpoczęło się małżeństwo Salvadora Dali, kogo na swoją muzę wybrał Pablo Picasso, dlaczego Frida Kahlo wzięła dwa razy ślub z tym samym mężczyzną i kto był motorem napędowym sukcesu Jacksona Pollocka. W końcu tego typu sensacji w artystycznym świecie nigdy nie brakowało.

Kalinowa Warszawa

pop-kalina-kwadratO Kalinie Jędrusik wiele zostało już napisane i powiedziane. Anegdot z jej bogatego życia towarzyskiego i artystycznego nie było mi dane słyszeć z pierwszej ręki, więc nie będę podawać dalej tego, co jest napisane w kilku książkach. Mam wrażenie, że dziś postrzegana jest bardziej jako ikona popkultury PRL niż artystka. Ale co narozrabiała, to jej.  Właściwie nie tylko jej, bo i nasze. Zmarła w nocy z 7 na 8 sierpnia 1991 roku, więc właśnie mija 25 lat od jej śmierci. A my, niezależnie od wieku, ilości obejrzanych filmów czy spektakli oraz stosunku do jej dorobku artystycznego cały czas o niej pamiętamy.

O tym, że jej życie bogate było w różnego rodzaju wydarzenia i emocje nikogo nie trzeba przekonywać. Przez jednych była kochana i podziwiana, przez innych nienawidzona. Za to chyba nikomu nie była obojętna. W wielu rolach teatralnych i telewizyjnych udowodniła swój talent aktorski, a w Kabarecie Starszych Panów wyśpiewała mnóstwo przebojów. Cała jej działalność sceniczna i telewizyjna oparta była na talencie, ale także na wizerunku, który potrafiła konsekwentnie budować wbrew obowiązującym wówczas standardom. Uwielbiała prowokować i bawiła się tym w czasach, kiedy nikt nie szkolił z PRu ani nie doradzał z zarządzania tłumem.

Całe dorosłe życie Kaliny związane było z Warszawą. Po studiach na krakowskiej PWST i debiucie w Teatrze Wybrzeże przyjechała do stolicy wraz ze swoim mężem – Stanisławem Dygatem i nie opuściła jej aż do końca życia. W 25. rocznicę śmierci artystki postanowiłam sprawdzić, czy Warszawa jeszcze o niej pamięta. Zapraszam na małą wycieczkę śladami Kaliny.

willa
Po przyjeździe do Warszawy Dygatowie trafili na Mokotów, a w 1972 roku przeprowadzili się do willi przy ul. Kochowskiego 8. Mężowi Kaliny nie przyszło mieszkać tam zbyt długo, bo zmarł w 1978 roku. Podobnie jak w swoim poprzednim mieszkaniu, na Żoliborzu prowadzili dom otwarty, gdzie właściwie przez całą dobę mile widziani byli znajomi i przyjaciele ze świata artystycznego. Kalina mieszkała tam do końca życia, a z upływem lat spotkań towarzyskich przy Kochowskiego było coraz mniej. Nie powiodły się plany ulokowania tam siedziby Fundacji im. Kaliny Jędrusik, ponieważ po jej śmierci odbyła się batalia o spadek. Dziś budynek jest w prywatnych rękach, a o słynnych właścicielach przypomina tylko niewielka tablica na ścianie.

***

kalinoweserce
Tuż obok domu, w którym mieszkali Dygatowie w 2012 roku z inicjatywy Zbigniew Dzięgiela i Macieja Zakościelnego powstała kawiarnia artystyczna Kalinowe Serce. Jest siedzibą fundacji im. Kaliny Jędrusik i miejscem, w którym można poczuć ducha minionych bezpowrotnie czasów. Jako, że jest to kawiarnia, można tam usiąść na przykład na kanapie Kaliny i wypić kawę czy zjeść sernik. Skoro artystyczna, to organizowane są różne wydarzenia, takie jak spotkania autorskie, koncerty, recitale czy wystawy. Oczywiście mocno pielęgnowana jest pamięć o Kalinie – spora część organizowanych tam wydarzeń związana jest z artystką i jej otoczeniem.

***

mural
Street art to chyba jeden z najbardziej wyrazistych pomostów pomiędzy kulturą retro i współczesną. Tak właśnie jest w przypadku muralu przy ulicy Koźmiana 6. Kalina – symbol seksu i tego, co zakazane w PRLu  uwieczniona została na…  ścianie garażu jednego z żoliborskich osiedli. A towarzyszy jej nie byle kto – jeden z największych amantów polskiego kina – Andrzej Łapicki. Kadr z filmu „Lekarstwo na miłość” przeniosła na ścianę Olga Wolniak w 2012 roku.

***

grob
Może to oczywiste miejsce, bo przecież tu wszyscy możemy odwiedzić dziś Kalinę i jej męża, ale piszę o nim nie z powodów sentymentalnych. Kalina na własne życzenie przez większość życia była tematem plotek i sensacji. Do tego prowokowała i to jej się udawało. Udało jej się nabrać wszystkich m.in. na fałszywą datę urodzenia. Urodziła się w 1930 roku, wszędzie podawała, że w 1931, a z upływem czasu odjęła sobie z życiorysu jeszcze kolejne trzy lata. Dopiero autor książki o Kalinie – Dariusz Michalski dotarł do prawdy znajdując jej szkolne świadectwa. Na grobie, który znajduje się w Alei Zasłużonych na Powązkach widnieje fałszywa data – 1931 rok.

***

ulica
Uwielbiam cytat z Jeremiego Przybory, który mówi o tym, jak przyjemnie jest mieć własną ulicę. Nie lubię natomiast się powtarzać, więc go nie przywołam, bo przypomniałam go tutaj. Kalina „dorobiła się” swojej ulicy w 2014 roku w obrębie Sadów Żoliborskich. Sąsiedztwo ma wspaniałe – obok znajduje się ulica Stanisława Dygata, a obie ulice przecina Plac Czesława Niemena. Wszystko na osiedlu nie bez powodu nazwanym Artystycznym Żoliborzem.

Jeśli znacie inne miejsca związane z Kaliną Jędrusik – napiszcie w komentarzach. Bardzo chętnie się o nich dowiem i dopiszę do listy w przypadku następnej wycieczki śladami Kaliny.

Letni spacer „Ulicami” w towarzystwie Dubska

Dubska UlicamiNa nową płytę jednego z moich ulubionych polskich zespołów przyszło mi czekać sześć lat. Kiedy po odpaleniu krążka „Ulicami” usłyszałam rozbujane „Intro” z hipnotyzującą wokalizą Dymola, od razu wiedziałam, że to może być moja płyta wakacji. Od tamtej pory nie opuściła odtwarzacza ani na chwilę i już mogę powiedzieć, że to moja płyta nie tylko wakacji, ale co najmniej półrocza. Zresztą nie sądzę, aby mogła mi się znudzić nawet po tym czasie.

Z grupą Dubska zetknęłam się po raz pierwszy w 2005 roku na jednym z letnich festiwali. Wtedy zapałałam miłością, w której trwam do dziś. A z ich dyskografii i tekstów piosenek mogłabym zdawać maturę czy jakikolwiek inny egzamin. Nowa płyta zdecydowanie wpisuje się w ten trend mojej znajomości twórczości zespołu. Są ku temu powody. Co najmniej dwanaście.

Od poprzedniego długogrającego wydawnictwa „Loko-Loko” (w międzyczasie był jeszcze mini-album „Love & Culture”) trochę się w zespole zmieniło. Brzmienia mocno powędrowały w stronę elektroniki, producentem został dobrze znany obserwatorom sceny reggae Olo Mothashipp, wydawcą Agencja Muzyczna Polskiego Radia oraz w męskim do tej pory składzie pojawiła się kobieta. I to taka, która ma piękny głos. Diana Rusinek – bo właśnie o niej mowa, świetnie uzupełnia wokale Dymitra i Marcina. Uwielbiam brzmienie jej głosu w połączeniu z wokalem Dymola w utworze „Ho’oponopono”. Mam nadzieję, że zadomowi się w składzie na dłużej. A najlepiej na zawsze.

dubska - fot. radek polakfot. Radek Polak

Słuchając po raz pierwszy wspomnianego wcześniej „Intro” od razu wyczułam, że przyszły spore zmiany. I nie pomyliłam się. Jest bardziej syntetycznie i elektronicznie, ale nie zgubiło to „ducha” muzyki Dubska. Na szczęście cały czas obecne są moje ulubione dęciaki, które jak zawsze dodają fajnego brzmieniowego kolorytu. Produkcyjnie album jest bardzo dobrze wyważony – przetworzone dźwięki wymieszały się z żywymi instrumentami, które świetnie współpracują z głosami trójki wokalistów. Obawy, że elektronika zabije cały rozbujany klimat uważam niniejszym za rozwiane.

W stosunku do poprzednich płyt zespołu nie zmieniła się w zasadzie tematyka utworów. Mowa jest o uczuciach („Miłość”), emocjach („Strach”), spotkaniach i towarzyskich historiach („Niedaleko”, „Samochodzik”) oraz o zjawiskach, z którymi wszyscy na co dzień mamy do czynienia („Stop”). Ta ostatnia piosenka to singiel, który mocno mnie zaskoczył za sprawą „połamanych”, elektronicznych brzmień zahaczających o drum’n’bass. Uwór ten dobrze sprawdza się na radiowych playlistach (jak kiedyś „Avokado”), a mnie dodatkowo ogromnie cieszy fakt, że w teledysku wystąpił rewelacyjny lubelski tancerz Aleksander Tyburek (znany jako Alkowy Funkowy). Na płycie na pewno mniej jest rootsowego grania niż na poprzednich krążkach, ale są „dubskowe”, bujające klimaty („Poor and needy” przypominające poprzednie „Życie na streecie”) oraz obowiązkowo – ska („Nie płacz siostro”).

Bardzo podoba mi się to, że grupa mimo pewnych naturalnych dla każdego zespołu zmian konsekwentnie podąża wyznaczoną przez siebie drogą. Dlatego „Ulicami” jest kolejną w ich dorobku płytą mocno opartą na szeroko pojętej kulturze miejskiej. Pamiętam, jak kilka lat temu miałam okazję oprowadzać Muchę (jednego z wokalistów) po Lublinie przy okazji wizyty zespołu na Nocy Kultury. Teraz czuję, jakby ekipa Dubska już po raz kolejny oprowadzała mnie po przepięknej Bydgoszczy (niedawno sama sprawdziłam, jak tam jest). I mimo tego, że opowiadają o swoim mieście nie pierwszy raz, to jednak cały czas mają sporo do opowiedzenia. Mam nadzieję, że chodząc Bydgoskimi (i nie tylko) Ulicami nazbierają materiału na jeszcze wiele tak dobrych i klimatycznych płyt.

Czytelnia: moda kiedyś i dziś, falafelowe szaleństwo w Warszawie, Dobre Sztuki i sztuka odpoczywania

beachCzytelnia obchodzi właśnie pierwsze urodziny. Skoro jest tutaj już od roku, zasłużyła na prezent w postaci ogarnięcia jakiejś regularności. Od dziś moje ulubione artykuły znalezione w internecie będą pojawiały się tu w formie podsumowania miesiąca. W lipcu, jak zawsze, pojawia się moda – w wymiarze historycznym i współczesnym, dzieła sztuki na ekranach komputerów, inspirująca historia z falafelem w roli rekwizytu oraz tekst o tym, jak się w przedwojennej Polsce odpoczywało.


Modowa opozycjonistka: Jadwiga Grabowska

Bardzo cieszy mnie fakt, że coraz częściej pisze się i mówi o Modzie Polskiej, modzie w Polsce i Polsce modnej. Jadwiga Grabowska to kobieta-legenda, która nie bez powodu była nazywana „nadwiślańską Coco Chanel”. Jej znakiem rozpoznawczym były obcasy, turban na głowie oraz silny charakter, który pozwalał osiągać zamierzone cele. Świetny tekst w Enter the Room – dla miłośników mody i nie tylko.

Moda to nie ja – wywiad z Michałem Zaczyńskim

Jadwiga Grabowska to przedstawicielka historii polskiej mody, natomiast Michał Zaczyński to ważna postać dla jej teraźniejszości (mody, nie Grabowskiej). Zaczyński to jeden z moich ulubionych dziennikarzy i blogerów modowych. Nie boi się mówić tego, co myśli i nie jest klakierem koleżanek czy kolegów z branży. Bardzo cenię go nie tylko za wiedzę, ale też za postawę – dużo mówi i pisze o etycznej modzie. Bardzo ciekawy wywiad o tym, co w modzie piszczy.

Mówili, że w Warszawie nikt nie będzie jadł kotletów z ciecierzycy i bobu. Jakoś jedzą

To historia, która spokojnie mogłaby zostać opowiedziana w filmie. Libańczyk Mahmoud zakochuje się w Polce, która przyjeżdża do Bejrutu na studia. Rodzi im się córka, ale niedługo potem w kraju robi się niebezpiecznie i postanawiają uciec przed wojną do Polski. Jest krucho z pieniędzmi. Wtedy pojawia się pomysł sprzedawania oryginalnych falafeli opartych na recepturze przekazywanej w rodzinie Mahmouda od pokoleń. Sprzedaje je przy Hali Mirowskiej z wózka zwanego pieszczotliwie „lamborghini”. Jedni się śmieją, inni wróżą porażkę. A jednak udaje się. I tak powstaje Bejrut, który stał się już kultowym miejscem w Warszawie.

Wywiad: Dobre Sztuki, czyli malarstwo z przymrużeniem oka

Ostatnimi czasy bardzo popularne są różne projekty polegające na przerabianiu klasycznych dzieł sztuki. Gify zmontowane z dzieł popularnych malarzy i strony takie jak Sztuczne Fiołki czy Chore Twory zbierają tysiące lajków. I przy okazji popularyzują sztukę, która dostępna jest już nie tylko w galeriach czy muzeach. Warto zwrócić uwagę na projekt Dobre Sztuki, o którym wspominałam niedawno na swoim fanpejdżu. Dominika, Paulina i Ania postanowiły wprawić obrazy w ruch. Stworzyły fajny team, który nie boi się ruszyć nawet największych malarzy.

Taki przedwojenny blichtr

Jakiś czas temu w Czytelni polecałam tekst dotyczący tego, że Polacy nie potrafią odpoczywać. Skoro nie umiemy, to tym bardziej warto dowiedzieć się, jak robiono to kiedyś – na przykład przed wojną. W Zakopanem przebywali podobno najpiękniejsi i najmężniejsi. Ale nie tylko góry kusiły potencjałem rekreacyjno-rozrywkowym. Kwitły także nadmorskie kurorty, które powstawały zgodnie z lansowaną wówczas ideą miast-ogrodów. Wszystko okraszone bogatą ofertą życia towarzyskiego i potańcówkami do białego rana. Właśnie tam przed wojną szukało się awangardy, która gdzieś musiała zbierać inspiracje. Zbierajmy więc i my – lepszego czasu niż letnie miesiące zapewne na to nie będzie.